-
Aaaaaa! – Usłyszałam krzyk po drugiej stronie słuchawki. Była to dla mnie
ciekawa pobudka, gdyż dopiero co zdążyłam nieświadomie kliknąć zieloną
słuchawkę.
-
Dells, spokojnie – rzekłam, ziewając. – Co jest?
-
Obudziłam cię? – zapytała ciszej.
-
Nie, skądże. Na ogół o trzeciej dwanaście robię naleśniki. Co jest?
-
Właśnie wróciłam z randki z Ratliffem – znowu krzyknęła. Nie czekając na moje
pytanie, kontynuowała. – Było wspaniale! Było super! Wiesz, nawet się bałam, że
może coś nie wypali, bo w końcu tak długo się przyjaźnimy i tu nagle z dnia na
dzień wyjeżdżamy ze słowem randka. Ale nie! – piszczała blondynka. Kolejne pół
godziny słuchałam jej fascynujących opowiadań i choć czasem miałam ochotę
poprosić, by była troszeczkę ciszej, nie zrobiłam tego, gdyż nie chciałam psuć
jej humoru. Do tego sama cieszyłam się jak głupia, że wszystko poszło dobrze.
Gdy
na zegarku wybiła czwarta, Rydel stwierdziła, że to tak z grubsza wszystko.
Powiedziała, że musiała się komuś wygadać, a jedyną osobą, której chciała
krzyczeć do słuchawki byłam ja – co, nie powiem, sprawiło, że na mojej twarzy
pojawił się uśmiech większy od banana - i dodała, że była tak podekscytowana,
iż zaśnięcie nie wchodziło w grę.
Gdy
żegnałam się z Rydel, byłam już całkowicie rozbudzona. Do tego blondynka była
pewna, że również jestem niesamowicie zadowolona, gdyż każda wypowiedziana
przeze mnie litera brzmiała wręcz przeraźliwie wesoło.
Z
uśmiechem na ustach położyłam głowę na poduszce. Po sekundzie cała radość
wyparowała, gdyż uświadomiłam sobie, że mam dwie godziny snu.
- Rat! –
krzyknęłam, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech, gdy tylko zobaczyłam
sylwetkę przyjaciela. – Matko, ledwo przeżyłam dzisiejsze zajęcia po nocnym
telefonie Delly. Jak było? – zapytałam, rzucając mu się na szyję.
- Jakim
telefonie?
- Nieważne.
Chcę znać Twoją perspektywę. Jak było?
-
Jak było? – szatyn uniósł oczy ku górze. – Było niesamowicie! Rydel była
zachwycona, przynajmniej tak mi się wydawało.
- O, to mogę
ci zagwarantować – rzekłam, drapiąc się po głowie, która dudniła z niewyspania.
- Kupiłem jej
kwiaty i zabrałem ją do tej knajpki na szczycie czterdziestopiętrowej wierzy.
Romantico – rzekł, przeciągając ostatnie słowo. – Skrzypek, te sprawy. Tak
zaczęliśmy. Ale potem się stamtąd zmyliśmy i poszliśmy na lody. Było ekselente,
klimatycznie i w ogóle. Przez chwilę się tym nacieszyliśmy, ale potem
stwierdziliśmy, że wolimy mniej oficjalne miejsca. Więc jak przechodziliśmy
koło tej lodziarni na 125 East 7th Street jakiś gość zapytał, czy nie
chcielibyśmy kupić biletów na The Lumineers, bo on jednak nie może pójść.
- Cholera, ja
chciałam iść na ten koncert! – burknęłam, zakładając ramiona niczym obrażone
dziecko.
- Przykro mi.
– Ellington posłał mi spojrzenie, które mówiło, że teraz on ma głos i wcale nie
obchodzi go co mówię. - I okazało się, że zaczynają grać za dwadzieścia minut.
Kupiliśmy i zaczęliśmy biec. Rydel się prawie zabiła na tych platformach.
- Och! Ubrała
te buty od Jeffrey’a Campbella? Te? Kurde, są śliczne, uwielbiam je! Conversy
albo Jeffrey! – wpadłam mu w słowo, kładąc dłonie na piersi, jakbym właśnie
zaczynała się modlić, chcąc pokazać jak wielkim uwielbieniem darzę te buty.
-
Fee – przywołał mnie do porządku.
-
Sorka – rzekłam, spuszczając wzrok, niczym skarcone dziecko.
-
W każdym razie - koncert! Było kurtuazyjnie!
- Wiesz w
ogóle co to znaczy? Bo wydaje mi się, że nie…
- Czepliwy
babsztyl z ciebie. Już cię nie będę szkolić na ninję.
- Jak przykro…
- wtrąciłam cicho.
- Chciałem
tylko, żeby brzmiało tak inaczej i niesamowicie. Tak jak tamten wieczór. Mówię
ci, dawno się tak nie bawiłem. No dobra,
bawiłem się tak dobrze prawie codziennie ostatnio, ale nieistotne. To było
trochę inne, bo wiesz… Tak sam na sam z Dells. I teraz, obczaj to – puścił mi
oczko i zaczął kołysać się w rytm słyszanej tylko przez niego muzyki. – Lekko
podrygujemy w rytmach Sumbarines, a Rydel odwraca się w moją stronę i posyła
jeden z najpiękniejszych uśmiechów jaki kiedykolwiek miałem okazję oglądać. –
Ratliff przymknął oczy, definitywnie zatracając się we wspomnieniach z
wczorajszego wieczoru. Wpadłeś kolego.
– A wtedy ja łapię ją w talii. I już tak trzymam do końca piosenki, w
międzyczasie kładąc jeszcze głowę na jej ramieniu. – Otworzył gwałtownie oczy i
zrobił dziwny, szybki gest rękoma. – Aż tu bam! Jakiś pięciolatek na nas wpada,
a my upadamy na ziemię. Chwila grozy, ta da daam! Ale jednak jest spoko,
śmiejemy się. Delly otrzepuje sukienusię, wstajemy i trzymamy się za rączki. Ta
da! Ładnie, co? – skończył Ratliff,
pijąc pierwszy łyk swojego smoothie z wyraźnie zadowoloną miną. W pewnej
sekundzie jego oczy rozszerzyły się do rozmiarów pięciozłotówek. – Matulko,
jakie dobre. Wyjdziesz za mnie? – powiedział w stronę napoju.
-
Wszystko powiem Rydel i się skończy.
-
Ty to śmieszna jesteś – skwitował mnie z pobłażliwą miną.
- A wal się! –
rzekłam, uderzając go w ramie. – Jestem śmieszna, okej? Na ogół…
- Aha… - Ton
przyjaciela nie był jakoś szczególnie wiarygodny.
- Zajebista
próba! – krzyknął Troy, ciesząc się jak małe dziecko. – Jak tak to pociągniemy
na kwalifikacjach, to gwarantuje ci, że mamy te role!
-
Okej, jak tak mówisz to ci wierzę – uśmiechnęłam się delikatnie, nie pokazując
swojego entuzjazmu. Tak naprawdę w głowie plątało mi się miliony pozytywnych myśli,
ale nie chciałam cieszyć się za wcześnie lub robić sobie zbyt wielkie nadzieje.
-
Chyba należy nam się orzechowe latte.
-
Możesz brać orzechowe, ale mi się należy czekoladowo-karmelowe. Byle nie ze
starbucksa, proszę.
-
Po twojej twarzy od razu można poznać, że coś z tobą nie tak. W końcu to
odkryłem! Po tak długim czasie, który razem spędzamy w końcu wiem co mi w tobie
nie pasuje! Nie lubisz kawy ze starbucksa!
-
Brawo! Przejrzałeś mnie. Czy to czyni mnie kosmitką?
-
Niech pomyślę. – Troy uniósł brwi i złapał się ręką za brodę, przyjmując tym
samym minę mędrca z Zajednogórogrodu. Z Zasiedmiogórogrodu mogłoby wskazywać,
że wyglądał mądrze, a w rzeczywistości jego twarz sprawiała wrażenie, jakby
dopiero co doświadczyła nieprzyjemnego spotkania z szybą. – Tak! A teraz
idziemy do Dunkin Donuts – zaklaskał w dłonie i podniósł treningową torbę
Nike’a. Troy był bowiem zawziętym pływakiem, więc za godzinę musiał być na
basenie.
-
Ej, ej, ej. Czy ty powiedziałeś, że coś ci we mnie nie pasuje? Jak to? Hm?
-
Cśśśś, nieważne – uciszył mnie kolega, głaszcząc w tym samym momencie po
głowie, niczym psa. Strzepnęłam jego rękę, posyłając groźne spojrzenie zabójcy.
- Wcale mi się
nie podobał ten film – rzekła Susan, jedząc orzeszki w karmelu, które w końcu
mogliśmy na spokojnie wyjąć z torby. Przemyciliśmy je bowiem do kina, by nie
wydawać niepotrzebnie trzech dolarów.
-
Mi nie podobał się fakt, że siedziałam koło ciebie, gdy uprawiali seks. Czułam
się niezręcznie.
-
Och, nie martw się. Jest okej – powiedziała, klepiąc mnie po ramieniu, jakby to
ona była starsza i to ja powinnam się wstydzić, że widziałam stosunek seksualny
na ekranie. Przewróciłam teatralnie oczami przez co Ross parsknął donośnym
śmiechem.
-
Rzeczywiście to było trochę niekomfortowe. Idziemy na shake’a – dodał.
-
Dzięki Bogu, że chociaż czasem wpadnie ci jakiś porządny pomysł do głowy. –
Susan uśmiechnęła się przyjaźnie, a Ross - pomimo tego, że wiedział, iż to
czysta ironia - zrobił obrażoną minę.
Blondynka
czuła się już milion razy swobodniej przy którymkolwiek członku zespołu. Od ich
pierwszego spotkania minęło już dużo czasu i zdążyła poczuć, że może pokazać
swoją prawdziwą twarz. Niepodważalnie byłyśmy podobne pod jednym względem –
miałyśmy wiernego towarzysza nazywanego sarkazm. Niestety, nie zawsze mogłyśmy
go użyć, gdyż niektóre osoby są za głupie, by go wyłapać i zamiast przyjąć to
co mówisz z humorem, biorą to na poważnie. Dlatego zanim ja czy Susan mogłyśmy
rzucać swobodnymi, przyjaznymi obelgami, musiałyśmy się upewnić z jakim typem
osoby rozmawiamy.
-
Ja nie mogę. Za dużo kalorii dzisiaj pochłonęłam. Nie mogę się roztyć, bo mnie
nigdzie nie wezmą – rzekła Eleonor, roztrzepując włosy trzynastolatki. – I
muszę lecieć. Powiedziałam wam, że dzisiaj wcześniej muszę się położyć.
Eleonor
od miesiąca nie spotykała się już z Erickiem. Przez pierwsze dwa tygodnie
wydawała się zadowolona, gdyż poczuła, że nareszcie nikt jej nie ogranicza. Mogłoby
się wydawać, że był to dość szczęśliwy związek, jednak w rzeczywistości El
czuła się jak zakuta w kajdany. W szczególności przez ostatni miesiąc. Wiem, że
próbowała uratować tę relację, gdyż byli parą długi czas, ale chyba
zdecydowała, że niektórym rzeczom trzeba po prostu pozwolić się rozpaść.
Od
jakiegoś czasu na jej twarzy nie pojawiał się jednak prawdziwy uśmiech.
Potrafiłam to zauważyć i niekiedy pytałam o co chodzi. Chciałam być dobrą
przyjaciółką, ale za każdym razem zostawałam zbyta. Wiedziałam, że Eleonor nie
jest osobą, która lubi, gdy ktoś na nią naciska, więc odpuszczałam. Czekałam na
moment, w którym szatynka dojrzeje, by wyjawić mi trapiący ją sekret.
Przytuliłam ją więc na pożegnanie, posyłając jej pełne wsparcia spojrzenie.
-
Wydawała się jakaś nieswoja…
-
Wiem, nie przejmuj się – powiedziałam, widząc dociekliwe spojrzenie Rossa.
Chciałam uciąć temat, bo wiedziałam, że El nie chciała robić zamieszania wokół
jej osoby. – Zimno mi. – Zmieniłam temat. Ross przyciągnął mnie do siebie,
przekomarzając się ze mną.
-
Trzeba było ubrać coś cieplejszego.
-
Jest maj! Każdy dzień coraz cieplejszy! Skąd miałam wiedzieć, że dzisiaj pogoda
zwariuje.
-
Mogłaś obejrzeć telewizję, sprawdzić w intrenecie, a w najgorszym wypadku zadzwonić
do mnie i zapytać o prognozę.
-
Wal się.
-
Uważaj na słownictwo panienko, bo masz przy sobie dzieci – rzuciła Susan,
grożąc mi palcem.
-
Właśnie nazwałaś się dzieckiem, a niby taka dorosła.
-
Wal się – dodała, mrużąc groźnie oczy.
-
Ej, mała, uważaj na słowa – rzekł Ross, karcąc ją ręką.
-
Ty też się wal.
-
Och nie, tego już za wiele. Chyba nie wiesz do kogo mówisz – powiedział
blondyn, unosząc pewnie głowę.
-
Hm… Niech pomyślę… Dziewiętnastolatka, który nawet nie wie gdzie leży Korea
Północna?
-
O nie! Przegięłaś! – krzyknął, biorąc śmiejącą się w niebogłosy trzynastolatkę
na ręce i zarzucając sobie na ramię.
-
Ale nie wiesz, prawda? – chichotała, ledwo łapiąc oddech.
-
Masz rację… - dodał smutnym tonem, nadal trzymając ją głową w dół.
Odstawiliśmy
Susan do domu i podeszliśmy pod moją klatkę. Nadal trzęsłam się z zimna, więc z
jednej strony chciałam jak najszybciej wejść na górę. Z drugiej strony
przyjemnie było patrzeć w oczy blondyna i po prostu stać w ciszy.
-
Wchodzisz czy idziesz? Nie będę tu marzła – powiedziałam, decydując się jednak
na pierwszą opcję. Mimo to jakaś część mojego umysłu krzyczała, że jestem
głupia, psując taką miłą atmosferę.
-
Popsułaś nam moment – rzekł Ross, zgadzając się z połową mojego mózgu.
-
Jaki moment? – Podniosłam brwi, jakby węsząc jakąś podejrzaną sytuację.
-
No nie wiem – odpowiedział, bawiąc się ze mną w kotka i myszkę. Chyba już wtedy
obydwoje wiedzieliśmy, co się świeci, a mimo to braliśmy udział w tych głupich,
młodzieńczych grach, wmawiając sobie, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. –
Słuchaj, moja mama jutro przyjeżdża.
-
Czemu?
-
Bo dowiedziała się o moich atakach. Powiedziała, że musi mi znaleźć terapeutę i
będę miał znowu spotkania. – Ross spuścił głowę, unikają mojego wzroku. –
Sądzi, że sobie nie radzimy. Spieprzyłem nasz samodzielny wyjazd.
-
Przestań. Dobrze wiesz, że to nieprawda. – Przytuliłam go, bo czułam, że on
tego potrzebuje, a z drugiej strony ja tego chciałam. I to nie tylko dlatego,
że zamarzałam…
-
W każdym razie, przyjdziesz? Będziesz miała okazję ją poznać.
-
Z wielką chęcią – uśmiechnęłam się.
Następnego dnia
- Och,
zapomniałam karty z recepcji – westchnęła blondwłosa kobieta, która stała ze
mną w windzie.
-
Mogę po nią szybko polecieć – zaoferowałam się, gdyż jej twarz miała tak
przyjemny wyraz, że gdybym się nie odezwała, wypominałabym to sobie przez parę
następnych dni.
-
Dzięki dziecinko. Zatrzymam windę – uśmiechnęła się, pokazując zęby, które, choć
nie były idealnie równe czy białe, dodawały jej dziecięcego uroku. Miała zapewne
niedużo ponad czterdzieści lat. Była dość pulchna, przez co jej twarz wyglądało
bardziej dziecinnie. Z jej ciepłych, brązowych oczu biła sympatia, dobroć, a w
tym wszystkim również naturalność. Zero sztuczności. Od razu mnie sobie
zjednała.
Sekundę
później byłam już w windzie z kartą.
-
Proszę. – Wręczyłam właścicielce.
-
Dziękuję. Ile ja bym dała, żeby mieć chociaż jedną córkę więcej. Tymczasem żyję
z sześcioma mężczyznami i jedną kobietą.
-
Wow, ma pani dużą rodzinę! – uśmiechnęłam się.
-
Oj tak.
-
Zazdroszczę.
-
Tak, czasem jest wesoło. Ale w niektórych chwilach oddałabym ich za chwilę
spokoju – zaśmiała się przyjaźnie. – Oczywiście żartuję. Chociaż to prawda,
czasem głowa mi pęka. A ty? Masz rodzeństwo?
-
Nie, jestem jedynaczką. Niestety.
-
Twoja mama musi być zadowolona – zaśmiała się ponownie.
-
Moja mama zginęła, gdy miałam cztery lata – rzekłam normalnym tonem. Prawda
jest taka, że nie było to dla mnie jakieś szczególnie traumatyczne przeżycie.
Nie po tylu latach – miałam dużo czasu by przywyknąć. Naturalne jest to, że
czasem tuliłam poduszkę, łkając i błagając, by się pojawiła, przytuliła mnie i
pomogła. Mimo to, wiedziałam, że każdy ma swoją własną tragedię życiową. Jedni
większą, drudzy mniejszą. Jednak że zadręczanie się tym co się stało i jakby
było, gdyby coś się nie wydarzyło nie pomoże. Przeszłość powinna pomagać nam
iść do przodu, a nie torować drogę. Nie chciałam więc, by śmierć mojej mamy
była wyolbrzymiana czy przedstawiana jako coś o czym ciężko mi rozmawiać. Takie
jest życie i niektóre sprawy musimy zaakceptować.
-
Przepraszam najmocniej. – Złapała mnie za rękę w geście wsparcia. Przez moje
ciało przebiegło przyjemne ciepło.
-
Nie ma pani za co. – Uśmiechnęłam się. – Naprawdę. Na każdego kiedyś przychodzi
pora. Poza tym uważam, że przeszłość nie powinna nas dręczyć, a pomagać nam
wyciągać wnioski i żyć lepiej.
-
Mądra z ciebie dziewczyna.
-
Dziękuję. – Przyjemnie było usłyszeć te słowa z ust blondynki. Nie wiem czemu,
przecież nawet jej nie znałam. Miałam jednak wrażenie, że mogę być dumna, że
właśnie ona tak mnie nazwała.
Winda
stanęła, a my zaczęłyśmy kierować się w tym samym kierunku, rozmawiając o Nowym
Jorku, o tym jak się tu znalazłam i czym się zajmuje. Kobieta była bardzo
ciekawska, choć znała umiar i ani przez chwilę nie mogłabym nazwać ją wścibską.
Do tego sposób w jaki zadawała pytania był tak przyjazny, że jakakolwiek zła
myśl na jej temat byłaby grzechem.
-
Ja tutaj – rzekła wskazując na apartament 7005.
-
Naprawdę? – zaśmiałam się, a ona skinęła głową. – Ja też. – W momencie w którym
Ross otworzył drzwi, obydwie wybuchłyśmy donośnym śmiechem.
-
Widzę, że już się znacie – skwitował, drapiąc się po głowie.
-
Stormie! – krzyknął Ratliff, rzucając się w ramiona kobiety.
-
Cieszysz się bardziej na mój widok, niż moje własne dzieci – zaśmiała się.
-
Tak – rzekł tylko Rat, nadal nie wypuszczając jej z objęć.
Czas
spędzony w apartamencie mijał mi bardzo szybko. Nim się obejrzałam spędziłam
tam dwie godziny, mimo to nie miałam zamiaru jeszcze opuszczać przyjaciół.
Matka Rossa była wspaniała. Bez wątpienia mogę powiedzieć, że jest jedną z
nielicznych osób, której perfekcyjne pierwsze wrażenie jest prawdą. Nie chcę
powiedzieć, że cały czas była milutka i kochaniutka, o nie. Po pierwszych
dziesięciu minutach postawiła cały zespół do pionu, karząc im sprzątać ‘’chlew,
który urządzili’’. Stwierdziła również, że mogę pomóc, nie pytając mnie o
zdanie. To właśnie sprawiło, że ją wręcz pokochałam. Od początku traktowała
mnie jak swoją, nie jak gościa, przez co poczułam się nawet bardziej niż
polubiona.
Gdy skończyliśmy sprzątać, usiedliśmy i słuchaliśmy
opowieści Stormie o tym, co robiła wraz z mężem, gdy dzieciaków nie było w Los
Angeles. Wszystko wskazywało na to, że są typem ruchliwego małżeństwa, które
stara się z uśmiechem witać każdy dzień. Potem przeszliśmy na mniej przyjemny
temat – chorobę Rossa. Blondynka powiedziała, że jest już umówiona na jutro z
paroma osobami i wszystko załatwi. Następnie znowu powróciliśmy do luźnej
rozmowy.
W
pewnym momencie monolog Stormie przerwał mój telefon.
-
Przepraszam – rzekłam, kierując się w stronę kuchni.
-
Jestem w szpitalu. Pobiłem się. Z castingu nici, przepraszam – rzekł Troy w
słuchawce.
-
Co?! – krzyknęłam, zwracając na siebie uwagę domowników. Nagle poczułam jak
krew odpływa od mojego mózgu. Ten spektakl był dla mnie zbyt ważny, by tak po
prostu pogodzić się ze słowami ‘’ z castingu nici’’. – Jadę do ciebie –
rzekłam. – Gdzie jesteś?
Lepiej późno niż wcale, stokroteczki.
Przepraszam, ostatnio mam naprawdę dużo na głowie. Nie ukrywam, że priorytetem było dla mnie wstawienie rozdziału, dlatego nie pokomentowałam na razie Waszych postów. Wiele z nich przeczytałam, ale jak wiecie nie lubię dawać tych żałosnych, krótkich komentarzy, Na ogół staram się, by były rozwinięte.
Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić jutro lub pojutrze. Jeżeli nie, zostaje przyszły weekend. Wszystko nadrobię, obiecuję!
Przepraszam Pannę Mikę, która ma tak dużo rozdziałów, że przy moim - ostatnio dość napiętym grafiku - ciężko mi dojść do końca. Prędzej czy później to zrobię! I gdy już będę na bieżąco, będę komentować, każdy rozdział. Btw. zapraszam na jej bloga.
Przepraszam również Elmo, Sparrow, Zakochaną Romantyczkę, Yaew oraz Matrioszkę. Z Waszymi rozdziałami jestem na bieżąco. Jedyny problem to fakt, że nie zdążyłam skomentować ostatnich. Ale zrobię to, bo autentycznie i bez bicia uwielbiam Wasze blogi. Nie chcę, żebyście w to zwątpiły tylko dlatego, że nie skomentowałam ostatnich rozdziałów. Zrobię to jak najszybciej. Proszę, wybaczcie, okażcie dobre serce! ♥